Wszystko to, co chcielibyście wiedzieć o komputerach i internecie, ale wstydzicie się zapytać...
piątek, 05 października 2018

Nawiązując do poprzedniej notki - wylądowałam w szpitalu. Podłączona do pompy insulinowej, kroplówki, jakieś badania - czułam się przede wszystkim oszołomiona i zgłuszona tak nową dla mnie sytuacją. Cóż, jednak w końcu nie ja pierwsza i nie ostatnia.
Kolejne dni to ciągłe badania - na szczęście okazało się, że nie mam żadnych wywołanych cukrzyca zmian w sercu, oczach, jamie brzusznej itp. Cukier też mi ładnie spadał - wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze. 

Nie narzekałam na opiekę - choć na brak informacji, już tak. To, co w tej chwili jest już dla mnie znane i oczywiste - wówczas wcale takie nie było. Gdy kończyła mi się kroplówka i wężyk zaczynał się lekko wypełniać krwią - podobno wystarczyło przekręcić mały zaworek. Może i tak, ale skąd miałam to wiedzieć? Pewnego wieczoru, po kolacji miałam cukier 102 - pochwaliłam się pielęgniarce, że ładnie mi spadł, a okazało się, że przed snem to może być za nisko i szybko mam zjeść kromkę chleba. Fajnie, tylko, że nie miałam. Dostawałam małe porcje, byłam ciągle głodna i zjadałam wszystko od razu. A wprawdzie rodzina codziennie była u mnie, ale nie chciałam nic do jedzenia, żeby przypadkiem nie zjeść czegoś, co wpłynęłoby na poziom cukru, zaciemniając jednocześnie działanie insuliny.
Na szczęście szybko się uczyłam. Głównie od pielęgniarek i dietetyczki, lekarze jakoś mało mi tłumaczyli moją chorobę. Nawet wychodząc po 6 dniach ze szpitala dowiedziałam się, że mam chyba cukrzycę typu 1 - wprawdzie nie mam jakichś tam antyciał, ale nie wiadomo jak długo choruję, więc raczej już do końca życia będę skazana na insulinę. I tyle. Później, już w domu dowiedziałam się, że przy cukrzycy typu 1 organizm w ogóle nie produkuje insuliny, natomiast przy cukrzycy typu 2 - produkuje, ale za mało.

Szpital, w którym byłam, to szpital akademicki. Wyraziłam zgodę na to, żeby studenci się na mnie też uczyli. Później okazało się, że chyba byłam ciekawym przypadkiem, gdyż takich grup studenckich odwiedzało mnie sporo - doliczyłam się chyba ośmiu. Opowiadałam historię swojej choroby, pozwalałam się badać itp. W tym wszystkim jednak najsmutniejsze było to, że większość tych grup była anglojęzyczna, raczej chyba mało zainteresowanych późniejszą pracą w Polsce. W dobie zapaści naszej służby zdrowia nie rokuje to dobrze.....









ministat liczniki.org